wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 12 (Epilog)

Na szczęście Helen nie odzywała się za bardzo przez kilka kolejnych dni. Przeciwnie. Zachowywała się dokładnie, jakby dostała już to, czego chciała. Mojej krwi.
O dziwo nie za bardzo mnie interesowało, czy zabieg się udał, czy nie. Przez kilka tych dni, tak kompletnie rutynowych zachowywałam się, jakby ostatnie dwa tygodnie nie miały miejsca. Oczywiście rozmawiałam więcej z chłopakami, ale i tak nie dało się tym podrobić Warrena. Ostatnio powiedział mi, że nawet mi zazdrości. Może i jest najpiękniejszym z nas, ale jego ojciec nawet nie chce mieć z nim nic wspólnego.
Czasami takie podejście przynosiło niewiarygodną ulgę. Wiedziałam, że to nie to samo, że... już o niej nie usłyszę. Ale cieszyłam się, że nie pojawi się w szkole.
-Hej Sue! - zawołał Kendall, doganiając mnie w drodze do pokoju. - List do Ciebie.
Telekinezą podał mi białą kopertę, kładąc subtelnie na mojej wyciągniętej dłoni. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc z jaką łatwością mu się to udało.
-Ćwiczyłeś. - powiedziałam, posyłając mu szeroki uśmiech. - Idzie Ci coraz lepiej.
-Dzięki. - odpowiedział, zrównując się ze mną krokiem. - Doktor Gray mnie wszystkiego nauczyła. Kiedy robi się to przy każdej okazji to nie jest takie trudne.
-W końcu trening czyni mistrza. - zaśmiałam się, chowając kopertę w środek zeszytu. Nie miał nadawcy. To pewnie nic pilnego.
Usłyszałam za plecami głośny śmiech. Zmarszczyłam brwi, obracając się i obserwując Kitty, która przepychała się z Jamesem, licytując czyj refleks jest lepszy.
-Z Kurtem tez się tak bawiła. - zachichotałam, przytulając do siebie duży zeszyt. - Już to widziałam. Zaraz pewnie wyjdzie Storm i będzie kazała im się uspokoić.
Najwięcej radochy miał wtedy, jak Ororo wybiegła na środek korytarza i zaczęła krzyczeć, żeby się doprowadzali do porządku, na co James objął ją w pasie i pociągnął w stronę świetlicy.
-Masz ochotę na czekoladę? - zapytał, kiedy wchodziliśmy do kuchni. - W kuchni widziałem takie mini tabliczki z postaciami z bajek na opakowaniach.
-Później sobie przyniosę. - pokiwałam głową. - Scott kupuje je dla uczniów raz w miesiącu. Spokojnie przypada po trzy na osobę, więc każdy się załapie.
Wiedziałam, że jeszcze nie ogarnia panujących tu zwyczajów. Ale to powinno mu wystarczyć. Weszliśmy na górę i stanęliśmy w drzwiach swoich pokoi.
-Idę odrobić lekcje. - powiedział, wchodząc do środka. - Wpadnę później, powiedzieć, kiedy Warren wyfrunie przez okno.
-Przynajmniej będę wiedziała, kiedy się go spodziewać. - odpowiedziałam, zamykając za sobą drzwi.
Weszłam do środka i usiadłam na łóżku. Drżącymi rękami otworzyłam kopertę i wyjęłam złożoną na pół pojedynczą kartkę z zeszytu.
Waszyngton DC. 12 czerwca 2012
Droga Susan!
Wiem, że nie chciałaś, żebym zwracała się do Ciebie „Córeczko”. Jesteś taka, jak Logan, kiedy go poznałam. Zagubiona, ale uparta. Zawsze stawiasz na swoim i takich dobierasz sobie przyjaciół, chociaż wybór chuderlaka i jakiegoś garbatego chłopca nie był dobry. Ale to Twoi przyjaciele, a ja nie mam prawa niczego o nich mówić.
Mark przeszedł pomyślnie transfuzję. Wróciliśmy do domu. Na pewien czas przejął Twoje dziwne zdolności. To pozwoliło białaczce na zneutralizowanie w Twoim DNA. Teraz jest taki jak dawniej. O dziwo włosy, które wypadły podczas jednej chemioterapii teraz odrosły w zupełności. Znowu jest sobą. I za to jestem Ci wdzięczna. Nie mogłaś mu dać większego daru.
Mój mąż uważa Cię za prymitywną osobę, ale ja tak nie uważam. Jesteś taka, jaką sobie Ciebie wyobrażałam. Piękna, uparta, mądra. Logan nie chciał ze mną na ten temat rozmawiać. Powiedział, że jestem potworem. Możliwe, że miał rację. Takie macie o nas zdanie, prawda?O normalnych ludziach? Że jesteśmy barbarzyńcami. Zapytaj swojego Profesora. Jeśli nie wiesz, on Ci powie dlaczego. Pewnie wiesz. Zdaję sobie sprawę, jaką politykę prowadzą przeciwnicy mutantów. Nie wszyscy ludzie są źli, tak samo jak nie wszystkie dziwaki są dobre. Wiesz o czym mówię. Zdaję sobie sprawę, jaką wojnę wywalał jeden z nas.
Mieszkamy w Waszyngtonie. Jeśli będziesz chciała się ze mną spotkać, porozmawiać, to z przyjemnością znowu Cię zobaczę. Mieszkam z rodziną na Beverly Drive.
Twoja matka.
Helen.
Zacisnęłam zęby, miażdżąc papier w dłoni. Dobrze, że się udało. Bardzo się z tego cieszę, ale... mogła sobie darować te lamenty.
Cisnęłam kartkę do kosza razem z kopertą. Najlepiej, gdyby, zrobiła to bez czytania. Tak by było dla wszystkich najlepiej.
Teraz w końcu wszystko znów jest normalnie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Krótko, ale dosadnie. To już ostatnia notka. Wiem, że miała być wczoraj, ale jakoś mi się zapomniało. A dzisiaj miałam trochę czytania i najpierw musiałam to wszystko zrobić. Mam nadzieję, że Ta historia była dla Was przyjemnością. Trzymajcie się! Cześć!

A jeśli mało Wam mich dzieł, zawsze możecie wpaść na You are My Oxygen, Stado, albo LA is Ours, chociaż obie historie zostały już zakończone.  

2 komentarze:

  1. Cześć i czołem!
    Super blog.
    Milo sie czytali. Jestem dumna z tego, że oddala mu krew.
    Mam nadzieję, że postakamy się na innych dziełach!
    Xo

    OdpowiedzUsuń
  2. Siemka! Ciesze się że transfuzja się udało i jej braciszek przeżył :)
    Ale jak to ostatnia notka? Że ... już nie będzie :C Mam niedosyt ...
    Dobrze że masz inne blogi! :P

    OdpowiedzUsuń