wtorek, 29 listopada 2016

Rozdział 12 (Epilog)

Na szczęście Helen nie odzywała się za bardzo przez kilka kolejnych dni. Przeciwnie. Zachowywała się dokładnie, jakby dostała już to, czego chciała. Mojej krwi.
O dziwo nie za bardzo mnie interesowało, czy zabieg się udał, czy nie. Przez kilka tych dni, tak kompletnie rutynowych zachowywałam się, jakby ostatnie dwa tygodnie nie miały miejsca. Oczywiście rozmawiałam więcej z chłopakami, ale i tak nie dało się tym podrobić Warrena. Ostatnio powiedział mi, że nawet mi zazdrości. Może i jest najpiękniejszym z nas, ale jego ojciec nawet nie chce mieć z nim nic wspólnego.
Czasami takie podejście przynosiło niewiarygodną ulgę. Wiedziałam, że to nie to samo, że... już o niej nie usłyszę. Ale cieszyłam się, że nie pojawi się w szkole.
-Hej Sue! - zawołał Kendall, doganiając mnie w drodze do pokoju. - List do Ciebie.
Telekinezą podał mi białą kopertę, kładąc subtelnie na mojej wyciągniętej dłoni. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc z jaką łatwością mu się to udało.
-Ćwiczyłeś. - powiedziałam, posyłając mu szeroki uśmiech. - Idzie Ci coraz lepiej.
-Dzięki. - odpowiedział, zrównując się ze mną krokiem. - Doktor Gray mnie wszystkiego nauczyła. Kiedy robi się to przy każdej okazji to nie jest takie trudne.
-W końcu trening czyni mistrza. - zaśmiałam się, chowając kopertę w środek zeszytu. Nie miał nadawcy. To pewnie nic pilnego.
Usłyszałam za plecami głośny śmiech. Zmarszczyłam brwi, obracając się i obserwując Kitty, która przepychała się z Jamesem, licytując czyj refleks jest lepszy.
-Z Kurtem tez się tak bawiła. - zachichotałam, przytulając do siebie duży zeszyt. - Już to widziałam. Zaraz pewnie wyjdzie Storm i będzie kazała im się uspokoić.
Najwięcej radochy miał wtedy, jak Ororo wybiegła na środek korytarza i zaczęła krzyczeć, żeby się doprowadzali do porządku, na co James objął ją w pasie i pociągnął w stronę świetlicy.
-Masz ochotę na czekoladę? - zapytał, kiedy wchodziliśmy do kuchni. - W kuchni widziałem takie mini tabliczki z postaciami z bajek na opakowaniach.
-Później sobie przyniosę. - pokiwałam głową. - Scott kupuje je dla uczniów raz w miesiącu. Spokojnie przypada po trzy na osobę, więc każdy się załapie.
Wiedziałam, że jeszcze nie ogarnia panujących tu zwyczajów. Ale to powinno mu wystarczyć. Weszliśmy na górę i stanęliśmy w drzwiach swoich pokoi.
-Idę odrobić lekcje. - powiedział, wchodząc do środka. - Wpadnę później, powiedzieć, kiedy Warren wyfrunie przez okno.
-Przynajmniej będę wiedziała, kiedy się go spodziewać. - odpowiedziałam, zamykając za sobą drzwi.
Weszłam do środka i usiadłam na łóżku. Drżącymi rękami otworzyłam kopertę i wyjęłam złożoną na pół pojedynczą kartkę z zeszytu.
Waszyngton DC. 12 czerwca 2012
Droga Susan!
Wiem, że nie chciałaś, żebym zwracała się do Ciebie „Córeczko”. Jesteś taka, jak Logan, kiedy go poznałam. Zagubiona, ale uparta. Zawsze stawiasz na swoim i takich dobierasz sobie przyjaciół, chociaż wybór chuderlaka i jakiegoś garbatego chłopca nie był dobry. Ale to Twoi przyjaciele, a ja nie mam prawa niczego o nich mówić.
Mark przeszedł pomyślnie transfuzję. Wróciliśmy do domu. Na pewien czas przejął Twoje dziwne zdolności. To pozwoliło białaczce na zneutralizowanie w Twoim DNA. Teraz jest taki jak dawniej. O dziwo włosy, które wypadły podczas jednej chemioterapii teraz odrosły w zupełności. Znowu jest sobą. I za to jestem Ci wdzięczna. Nie mogłaś mu dać większego daru.
Mój mąż uważa Cię za prymitywną osobę, ale ja tak nie uważam. Jesteś taka, jaką sobie Ciebie wyobrażałam. Piękna, uparta, mądra. Logan nie chciał ze mną na ten temat rozmawiać. Powiedział, że jestem potworem. Możliwe, że miał rację. Takie macie o nas zdanie, prawda?O normalnych ludziach? Że jesteśmy barbarzyńcami. Zapytaj swojego Profesora. Jeśli nie wiesz, on Ci powie dlaczego. Pewnie wiesz. Zdaję sobie sprawę, jaką politykę prowadzą przeciwnicy mutantów. Nie wszyscy ludzie są źli, tak samo jak nie wszystkie dziwaki są dobre. Wiesz o czym mówię. Zdaję sobie sprawę, jaką wojnę wywalał jeden z nas.
Mieszkamy w Waszyngtonie. Jeśli będziesz chciała się ze mną spotkać, porozmawiać, to z przyjemnością znowu Cię zobaczę. Mieszkam z rodziną na Beverly Drive.
Twoja matka.
Helen.
Zacisnęłam zęby, miażdżąc papier w dłoni. Dobrze, że się udało. Bardzo się z tego cieszę, ale... mogła sobie darować te lamenty.
Cisnęłam kartkę do kosza razem z kopertą. Najlepiej, gdyby, zrobiła to bez czytania. Tak by było dla wszystkich najlepiej.
Teraz w końcu wszystko znów jest normalnie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Krótko, ale dosadnie. To już ostatnia notka. Wiem, że miała być wczoraj, ale jakoś mi się zapomniało. A dzisiaj miałam trochę czytania i najpierw musiałam to wszystko zrobić. Mam nadzieję, że Ta historia była dla Was przyjemnością. Trzymajcie się! Cześć!

A jeśli mało Wam mich dzieł, zawsze możecie wpaść na You are My Oxygen, Stado, albo LA is Ours, chociaż obie historie zostały już zakończone.  

poniedziałek, 14 listopada 2016

Rozdział 11

Środa – dzień ostateczny. Termin, w którym miałam stać się pożywieniem dla bezzębnego wampira. Wiedziałam, że teraz to tylko kwestia czasu. Że muszę tam iść. Warren miał rację. Jej syn nie miał z tym nic wspólnego, a Helen okazała się na tyle odważna, żeby ryzykować porażkę i prosić mnie o taką przysługę.
Włożyłam swoją skórzaną kurtkę. Tata miał praktycznie identyczną. Często wkładaliśmy je jednocześnie. Wtedy to śmiesznie wyglądało.
Otworzyłam drzwi naszej sypialni, zabierając z regału pierwszą lepszą książkę. Stanęłam w progu, widząc Kendalla i Warrena zagradzających mi drogę.
-Ci Wy robicie? - uniosłam brwi, widząc, że nie chcą mnie przepościć.
-Chyba nie sadzisz, że puścimy Cię samą? - zapytał Warren, jakby od razu znał odpowiedź. - Pojedziesz tam? I co dalej?
-Poza tym, nie tylko Ty czytałaś własną kartotekę. - dodał Kendall, stojąc ramię w ramię z Warrenem. - Dowiedzieliśmy się, że krew regeneruje Ci się najwolniej.
-Przyda Ci się ochrona. - podsumował Warren, wkładając swoje szelki. - I towarzystwo. Dobrze wiesz, że Cię nie zostawimy.
-Jesteście tego pewni? - uniosłam brwi, spoglądając to na jednego, to na drugiego. - Ominie Was cały szkolny dzień.
-To nic wielkiego. - Angel uśmiechnął się do mnie szeroko. - Wiesz co? Nie mam zamiaru patrzeć jak robisz coś czego tak na prawdę nie chcesz. Znam Cię.
-To dlaczego chcesz tam jechać?
-Bo wiem, że cierpisz na kompleks bohatera. - odpowiedział.

Kiedy dotarliśmy do szpitala tramwajem, bez trudu odnalazłam Helen na korytarzu. Nie była sama. Rozmawiała z trzema osobami. Starszym mężczyzną, pewnie jej mężem i młoda kobietą o której nie słyszałam wcześniej. Obok stała mała dziewczynka, która od czasu do czasu spoglądała na któreś z dorosłych.
-Jestem ciekaw jak bardzo jest do Ciebie podobna. - powiedział ten staruch, kiedy cicho szłam w ich kierunku.
-Nie jest do mnie podobna. - Helen pokręciła głową. - Wygląda jak... Logan. Jak gniewny młody w niewinnej skórze. Nie zdążyłam nadać jej imienia. Ale wyglądała na szczęśliwą. Wyraźnie dała mi do zrozumienia, że zburzyłam jej rytm.
-Bo tak jest. - powiedziałam, wciąż czując za sobą Warrena i Kendalla. - Jakoś nie obchodziło Cię, co się ze mną dzieje przez te wszystkie lata. Ani mnie, ani taty. Miałaś już swoją rodzinę.
-Córeczko... - zaczęła, kiedy wszyscy odwrócili się w moją stronę.
-Nie nazywaj mnie tak. - pokręciłam głową. - Zrobię co mam zrobić i wracam do szkoły. Nie mam pojęcia, jakie skutki wywrze na Twoim synu. To działa na ludzi ze śmiertelnymi ranami. Nie mam pojęcia, co się może stać z kimś tak ciężko chorym.
-Przecież... - zaczęła niepewnie. - Pozwoliłaś doktorowi McCoyowi na publikacje jego badań. Czytałam jego prace. On jest pewny, że...
-Hank to naukowiec. - zauważyłam. - Prace, które czytałaś to tylko hipotezy poparte wynikami badań i jednym i jedynym pomyślnym przypadkiem.
-To już miało miejsce. - kiwnęła głową. - Jeśli wtedy zadziałało, teraz też zadziała.
-Dziewczyna miała uszkodzone serce wskutek wypadku! - krzyknęłam, nie mogąc już się opanować. - To co innego. Twój syn zachorował wskutek defektu genetycznego. Widzisz? Nie tylko Ty odrobiłaś pracę domową.
-Imponujące. - zamamrotała młoda kobieta. - Nie wspominałaś, że jest tak bystra.
-Nie dziwię się. - wzruszyłam ramionami. - Bo niby skąd ma o mnie cokolwiek wiedzieć?
Zapadła cisza, przerwana tylko przez kroki Warrena. Potrafił chodzić bezszelestnie, ale czasami się nie starał. Na przykład teraz. Specjalnie głośno tupał, jakby zależało mu na zaznaczeniu swojej obecności.
-Sue ma rację. - pokiwał głową. - Wie pani jaka jest jej ulubiona kanapka? Parmezan z szynką z budki w Central Parku. A co robi, żeby się skupić? Idzie do pustej sali treningowej. A co...
-Warren, przestań. - przerwał mu Kendall ze stoickim spokojem. - Myślę, ze zrozumiała.
-Ale... oddasz naszemu synowi krew, prawda? - zapytała z nadzieją.
-Tak. - pokiwałam głową. - Ale nie zrobię tego dla Ciebie.
Spojrzałam wymownie na Helen, ale ona tylko spuściła głowę, jakby się czegoś zawstydziła. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc jej minę. Była żałosna.

-Dobrze się czujesz? - zapytał Kendall, kiedy po zabiegu, wyszłam na korytarz?
-Jestem tylko trochę osłabiona.- uśmiechnęłam się do niego. - Nie martw się, szybko mi przejdzie.
Warren objął mnie ramieniem i uśmiechnął się szeroko.
-Co teraz? - zapytał.
-Nic. -wzruszyłam ramionami. - Helen ma mi dać znać za kilka dni jak poszła transfuzja.
-A potem? - uniósł brwi.

-A potem mam nadzieję, że już jej więcej w życiu nie zobaczę. - westchnęłam.  

poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział 10

Wtorek to w naszej szkole ciąg dalszy szkolnej rutyny. I początek narzekania Kitty na tutejszy system szkolnictwa. Było po prostu fatalnie. Już nie mówiłam, że jutro muszę poinformować swoją „matkę” o tym, czy dam swojemu „bratu” krew, czy też nie.
Tak, wiem, jak to wyglądało. Byłam niewydarzoną małolatą bez skrupułów i jakoś nie miałam chęci się tym dzielić. Tata nawet z tego żartował, ale ja nie widziałam w tym nic zabawnego.
-Powinnaś trochę wyluzować. - powiedział Warren, kiedy przyniósł mi ulubioną kanapkę z Central Parku. - Nie będzie tak źle. Jean i Hank przecież przebadali Cię wzdłuż i wszerz.
-Wcale nie o to się martwię. - pokręciłam głową. - Mam na myśli raczej Helen. Wiem, że nie zależy je na mnie, a tylko na mojej krwi. Chce, żeby on był zdrowy.
-A gdyby przyszła do Ciebie jako zupełnie obca osoba? - zapytał, a ja zastanawiałam się do czego zmierza. - Gdyby opowiedziała Ci o swoim synu.
-Wtedy upewniłabym się, czy to dla niego bezpieczne. - wzruszyłam ramionami. - Wiesz, jaki jest twój ojciec. Wie, że macie najbardziej uniwersalną grupę krwi, ale udaje, że nie ma o tym pojęcia. Twoja krew wciąż jest młoda, a co za tym idzie... jest świeża.
-Wiem! - jęknęłam. - Słyszałam to milion razu. Moja jest młoda, wciąż świeża. Taty dojrzała. Może to powinno być lepiej, ale czasami to rodzi przykre konsekwencje. Przynajmniej dla kogoś, kto jest ciężko chory. Przynajmniej tak wypada z symulacji.
Warren nie odpowiedział, tylko wsadził sobie do buzi ogromny kęs kanapki. Wywróciłam oczami, kończąc swoją porcję. Miałam ochotę tylko zmieść opakowanie w kulkę i wepchnąć je do kieszeni.
-Co masz zamiar teraz zrobić? - zapytał, patrząc na mnie z zaciekaniem. - I żeby nie było... Nie pytam o Twoją matkę.
Uśmiechnęłam się pod nosem i pokręciłam głową. Dobry z niego przyjaciel. Ale nie chciałam go zadręczać swoimi problemami. Zdecydowanie na to nie zasługiwał.
-Pójdę do pokoju. Pouczę się, zdrzemnę... nie wiem, cokolwiek.

Obserwowałam Alicię, która już od dobrej godziny przymierzała swoje nowe ciuchy. Zaszalała na zakupach. W końcu ona nie często może w nagrodę pojechać na miasto.
-Sądziłam, ze nie kupiłaś tego dla siebie. - wzruszyłam ramionami, leżąc na brzuchu. - Myślałam, że kupiłaś to dla Kitty. Dobrze by w tym wyglądała.
-A czy Kitty kiedykolwiek mi coś kupiła? - wywróciła oczami, rzucając kwiecistą sukienkę na kanapę. Spojrzała na mnie wyzywająco, oczekując odpowiedzi.
-No...- kiwnęłam głową i podniosłam się do klęczek. - I to nie raz. Pamiętasz spodnie w kwiatki? A marynarkę w czerwone paski?
-Dobra, już skończ! - przerwała mi z zażenowaniem. - Już wiem. I wspominając o żakiecie, to jest fatalny. Sama o tyn wiesz. Wyglądam w nim szkaradnie.
-Wcale, że nie... - jęknęłam. - Wyglądasz w nim szałowo.
Na szczęście byłyśmy zmuszone przerwać tą jakże porywającą rozmowę o ciuchach, bo do pokoju wszedł Carlos i przywołał mnie do siebie. Z ulgą podniosłam się z łóżka
-Co się dzieje? - zapytałam, patrząc na niego z zaciekawieniem.
-Chyba mamy problem.
Uniosłam brwi, a ten pociągnął mnie do męskiej toalety. Kiedy zobaczyłam, co się tam dzieje, myślałam, że padnę ze śmiechu.
James leżał na wpół zgięty między sedesem, a sąsiednią ścianą. Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową. No tego nigdy się nie spodziewałam.
-No, więc... - zaczął Carlos, żeby mi to wszystko wytłumaczyć. - James założył się z Loganem, że przeniknie przez skrzyneczkę Profesora z alkoholami, ale wyszło coś takiego, że... trochę w nim zostało.
-Tereportowałem się do barku. - wymamrotał.
Jezu, co im najlepszego strzeliło do głowy? Jeśli James się upił poprzez teleportację, to ja chyba oszaleję.
-Dlaczego w ogóle go do tego namówiliście? - wywróciłam oczami, spoglądając na każdego z tej trójki po kolei. - Wiecie, jakie to mogło być niebezpieczne?
-Chcieliśmy sprawdzić, czy Logan będzie potrafił wyleczyć Jamesa z kaca. - odpowiedział Carlos, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego.
-No i okazało się, że nie potrafię.
Zastanowiłam się przez chwilę. Wzięłam głęboki oddech i przełknęłam ślinę.
-Dobra, James... - zaczęłam, sądząc, że to najlepsze wyjście. - Spróbuj się jakoś przeteleportować ze ściany. Sprawdzimy, że ludzkie metody dadzą radę Cie wyleczyć z tego gigantycznego kaca.

Okazało się, że... nie potrafią. A tak naprawdę wprowadziły go w jeszcze gorszego kaca. Miałam ochotę coś z tym zrobić, ale nie wiedziałam, co jeszcze można zrobić.
-Kobieto, zrób coś! - jęknął Carlos, szarpiąc mnie za bluzkę. - On musi jakoś stanąć na nogo.

-Próbuję... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Nic nie działa, rozumiesz?

poniedziałek, 17 października 2016

Rozdział 9

Poniedziałek. Ten dzień oznaczał powrót do normalnego szkolnego rytmu. Nie ukrywałam, ze bardzo mnie to cieszyło. Wczoraj wieczorem, kiedy wróciłam do własnej kartoteki, miałam wrażenie, że zwariuje. Że nieliczne sprawy będą mogły mnie teraz utrzymać przy zdrowych zmysłach.
Dlatego z samego rana poszłam pobiegać. Wstałam najwcześniej. Włożyłam słuchawki, mając nadzieję, że tata nie odbierze tego jako pretekstu do słuchania metalu, którego nie cierpiał. Ale tak na prawe to był właśnie taki pretekst. Tylko przy takiej chaotycznej muzyce nie byłam w stanie myśleć. To był jedyny sposób.
Skończyłam przed siódmą. Tym razem ten patent nie był skuteczni i wróciłam tylko z lekko rozczochranymi włosami.
-Jeśli wychodziłaś na spacer, mogłaś przynajmniej wyprowadzić Aramisa. - zachichotał Scott za moimi plecami.
-Wcale nie spacerowałam. - zaprzeczyłam. - Biegałam.
-Dziwne. Sądziłem, że nie musisz biegać, żeby zachować formę. - odparł z zaskoczeniem idąc za mną do łazienki. - Poza tym nie musisz się kąpać. Wcale się nie spociłaś.
Miał rację. Nie byłam spocona. Jednak nie wierzyłam, że to mogło być okazją do wyprowadzenia psa Profesora.
-Ale czuję, że muszę. - wzruszyłam ramionami. - Nie wiem dlaczego. Po prostu... potrzebny mi zimny prysznic.
-W razie gdybyś się rozmyśliła, a Alicia zużyła całą ciepłą wodę... - wskazał na swoje kwarcowe okulary. - Służę swoim ogniem.
-Dzięki. - uśmiechnęłam się do niego. - Nie będzie takiej potrzeby.

Lekcje były normalne. Geografia u Storm dłużyła się niemiłosiernie, ale trochę mnie to cieszyło. Wiedziałam, że dzięki temu będę mogła podjąć decyzję wcześniej. że...
-Ziemia do Sue... - zawołał Logan z głośnym chichotem.
Potrząsnęłam głową, żeby się jakoś otrzeźwić. Spojrzałam przed siebie, widząc Ororo stojącą nade mną z założonymi ramionami.
-Przepraszam, nie słuchałam. - powiedziałam przepraszająco. - Jakie było pytanie?
-Pytałam, jak często Nil przypływa do swojego dojścia. - powtórzyła już nieco zniecierpliwiona.
-Raz, czasami dwa razy do roku. - odpowiedziałam bez zastanowienia. - Pierwszy raz dawał starożytnym nadzieję na dobre plony...
-A drugi je odbierał. - dokończyła za mnie. - Nie uważałaś, dlatego Ty i James napiszecie na piątek Esej o wierzeniach starożytnych Egipcjan i wpływu pogody na ich życie. Koniec lekcji. Zobaczymy się w środę. Nie zapomnijcie przeczytać w pokojach teksów na następną lekcję.
Wyszliśmy równo z dzwonkiem. Ororo zawsze mieściła się w czasie na styk. Nie miałam pojęcia, jak ona to robiła.
-Jesteś bliska, żeby się zgodzić. - powiedział Kendall, doganiając mnie na korytarzu.
-Wcale nie. - pokręciłam głową. - A jeśli już, to z ciekawości.
-Kłamiesz. - odparł bezlitośnie bezbarwnie. - tak naprawdę chcesz go uratować. Wiesz, że on nie jest winien, tego co zrobiła jego i Twoja matka.
-A kopną Cię ktoś kiedyś w tą telepatyczną czuprynę? - przerwałam mu, niemal plując w twarz. - Po prostu daj mi się jeszcze zastanowić. Bez podtekstów. Bez podpowiadania, a już na pewno bez czytania w myślach.

Profesor był dzisiaj w wyjątkowo dobrym humorze. Nikogo nie pytał, jeśli nikt się nie zgłaszał. Dlatego słuchałam jego kojącego głosu, robiąc notatki i od czasu do czasu zerkając na Kendalla, który od niechcenia wodził palcem po czystej stronie zeszytu.
-Koniec lekcji. - powiedział w końcu i zaczęłam zbierać swoje rzeczy do torby.
Cieszyłam się, że nikomu nie karze zostawać, a tylko wraca swoim wózkiem za biurko. Niestety, ucieszyłam się zbyt szybko, bo usłyszałam jego głos za swoimi plecami.
-Sądziłem, że będziesz chciała porozmawiać. - powiedział w końcu. - Wiem, że przeżywasz teraz trudne chwile.
Zacisnęłam zęby, obracając się na pięcia. Nie będzie zadowolony z tego co za chwilę powiem i chociaż pewnie już to usłyszał w moich myślach, to nie przestawał się uśmiechać.
-Od dzisiaj nienawidzę telepatów. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
-Susan... - powiedział, jakby nie zwracał na to uwagi. - Bez względu na to, jaką podejmiesz decyzję, obyś tego później nie pożałowała.
-Jestem pewna, że pożałuję obuch. - oznajmiłam cicho.

Obserwowałam Trening zza szklanej ściany między pokojem obserwacji, a salą treningową. Tata stwierdził, że skoro i tak jestem nieprzytomna, to lepiej nie puszczać mnie na arenę.
-Proszę. - usłyszałam za plecami głos Jamesa.
-Dzięki. - uśmiechnęłam się do niego delikatnie, wyjmując mu z dłoni lodowego rożka. - Skąd wiedziałeś, że lubię orzechowe?
-Kendall. - oznajmił wprost, siadając obok mnie. - Reszty się domyśl.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, że po tym wczorajszym wypadku Jean nie pozwoli mu ćwiczyć. Wyglądał normalnie i chociaż Scott tak niechcący go poparzył, nawet nie utykał na to bolące biodro. W końcu nie pierwszy raz w szale ściągnął okulary i wrzeszcząc przeraźliwie wybuchnął połowę jeziora.
-Wciąż Cię boli? - zapytałam, wskazując na jego opatrunek schowany pod koszulką.
-Nie. - pokręcił głową. - Ale nie mogę się teleportować.
-Jean się martwi, że pogubisz jelita? - uniosłam brwi, gryząc kawałek odstającej ozdobnej wierzy.
-Skąd wiesz? - spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

-Kiedyś powiedziała coś takiego do Kurta. - wyjaśniłam, przypominając sobie jak kiedyś sam się zranił. - Czasami się powtarza.  

poniedziałek, 3 października 2016

Rozdział 8

Niedziela. Najbardziej uwielbiany dzień tygodnia w szkole. Zero nauki, zero treningów. Mówiąc wprost: wolna Amerykanka, jak kiedyś określił to Scott. Dla nas oznacza to morze niewykorzystanych możliwości. Można jechać do kina, albo do centrum handlowego... czasami tata zabiera mnie do Zoo w Central Parku, żeby porobić sobie jaja z tamtejszych pingwinów i wykrzykiwać z innymi ludźmi: „suszcie ząbki, panowie”, ale jakoś teraz nie miałam na to ochoty.
-Młoda, rusz się! - zawołał Gambit, wpadając do naszego pokoju. - Bez Ciebie przegramy!
Wiedziałam, że dzisiaj grają w koszykówkę. Doceniałam, że chcą mnie rozweselić, ale byli tu przed nim już Logan, Warren, Peter i Bobby. Każdy z nich na różne sposoby próbował mnie wyciągać na boisko, ale ja wolałam tu siedzieć i czytać...
-To twoja kartoteka.
No właśnie. Moją kartę medyczną. Próbowałam przynajmniej oszacować, co może się stać, jeśli pozwolę wtłoczyć trochę swojej krwi mojemu biologicznie przyrodniemu bratu. A teraz po krótkim piknięciu obok mnie zjawił się... Kurt Wagner!
-Nie rozumiem, po co to czytasz. - powiedział Kurt, kładąc się obok mnie na brzuchu. Jego diabla twarz i ogon wiszący nad moją głową już ani trochę mnie nie przerażały. - Znasz całą treść na pamięć.
-Wiem. - pokiwałam głową. - Ale wciąż mam wątpliwości. Pamiętasz co się stało z Senatorem Kelly, kiedy Magneto zastosował na nim swoją maszynę? Doszło do mutacji, ale jego organizm jej nie tolerował i umarł w męczarniach. A co jeśli z nim będzie tak samo?
-Dobrze wiesz, że nie będzie. - powiedział tym swoim mądrym tonem. - Już jednej osobie wtłoczono Twoją krew. Dziewczyna wyszła ze szpitala be szwanku. A czterokrotne badania potwierdziły, że masz najbardziej uniwersalna grupę krwi.
-To było co innego. - cmoknęłam, próbując postawić na swoim, a tak na prawdę próbowałam znaleźć naukowo poparty pretekst, żeby pokazać swojej matce od siedmiu boleści środkowy palec. - Ona miała wypadek, a ten koleś ma białaczkę. Nie wiem, czy jestem w stanie go uchronić od naturalnej choroby.
-Co masz do stracenia? - wzruszył ramionami. - Jeśli się nie uda, będziesz miała swój naukowo poparty dowód. A jeśli się uda... uratujesz komuś życie. On nie odziedziczył grzechów swojej matki. Bo to o to Ci chodzi.
Skubany! Skąd on... Dobra, właśnie o to mi chodziło. Zadowolony? Możesz się teraz ode mnie odczepić? Na prawdę potrzebuję się tym już nie przejmować!
-Czy Ty musisz mi wiercić dziurę w brzuchu? - zmarszczyłam brwi, zatrzaskując komputer.
-Dobrze wiesz, że szybko się zagoi. - zażartował.
Tak... jak zwykle.

W końcu dałam się wyciągnąć na boisko. Pogoda była przepiękna. Grzało umiarkowane słońce, nie było za zimno, ani za ciepło, a mnie coś się wydawało, że nie tylko Storm maczała w tym palce.
-Dawaj, Sue! - zawołał Bobby spod bramki. - Bez Ciebie sobie nie poradzimy.
-Podobno jesteś niezła! - zawtórował mu Carlos. - Wchodź na boisko, sam muszę się o tym przekonać. Na co czekasz?
Nie odpowiedziałam, tylko rozejrzałam się po przedniej ławce. Nie grało mi tu tylko to, że Scott i Gambit byli jedynymi z nauczycieli, ale jeszcze to, kto siedział obok nich.
-Dlaczego James nie gra? - zapytałam Profesora, siedzącego obok we własnym wózku.
-Odkrył, że potrafi się teleportować. - wyjaśnił, czym kompletnie mnie zaskoczył.
-Profesor żartuje? - pisnęłam z zaskoczeniem. - I nie objawiało się to wcześniej?
-Odkrył to dopiero teraz. - odpowiedział. - Dobrze wiesz, że w tej sytuacji nie może grać.
-No tak, w tej szkole dla teleporterów tworzy się osobne dyscypliny sportowe. - mruknęłam. - To wszystko wyjaśnia.
Tak, jak koszykówka teleporterów, golf teleporterów... To wiele wyjaśnia. Trudno się dziwić, w końcu sam Kurt na to wpadł.
-Muszę wracać do kościoła, ale najpierw coś muszę zrobić. - krzyknął mi do ucha i objął mnie ramionami. W jednej sekundzie znalazłam się na środku boiska.
-Ty... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, ale jedyne co mnie w zamian za to spotkało to głośny śmiech Bobby'ego, który po prostu padał mi piłkę.

-Chyba nieźle się bawiłaś. - stwierdził Kendall, kiedy szliśmy w powrotem do szkoły. – I nawet za bardzo się nie zmęczyłaś.
-Tak już mam. - wzruszyłam ramionami. - A oprócz tego... wszystko gra między Tobą, a Warrenem? Bo jeśli jest dla Ciebie uszczypliwy, mogę z nim pogadać.
-Nie. Jest bardzo miły. Czasami mam wrażenie, że zbyt miły. Bobby już mnie postraszył. Wiesz czym. Chyba każdy wie.
-Jeśli chodzi o pozycję mojego najlepszego przyjaciela, to tak. - pokiwałam głową, opierając się o ścianę. - Tak, wiem o tych plotkach.
-Plotkach? Mówisz, jakby wymyśliła to jedna osoba.
I tak było. - powiedziałam w myślach, dobrze wiedząc, że to usłyszy. - Bobby.
Spojrzałam na niego wyczekująco, ale on tylko parsknął śmiechem.
-Czy ten facet jest głównym inicjatorem plotek w tej szkole? - zapytał, wciąż zanosząc się śmiechem.
-Prawdopodobnie. - pokiwałam głową.
-Będę musiał go kiedyś o kilka podpytać. - stwierdził, kiedy Peter wszedł ostatni do łazienki.
-Możesz, ale musisz pamiętać, że handel wymienny ma opanowany do perfekcji. - ostrzegłam go, licząc, że odpuści sobie interesy z Bobby'm.
-Żaden problem. - wzruszył ramionami. - Zmanipuluję go bez problemu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dzisiaj wstawiam... z automatu z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Po prostu nie chcę się znowu spóźnić. Teraz, kiedy mam całą historię gotową, nie na z tym żadnego problemu. 
OGŁOSZENIE: 
Do końca historii nie będzie żadnych notek autora. Dopiero pod koniec, przed 12 rozdziałem będzie post o Q&A, gdzie będziecie mogli mi zadawać pytania dotyczące tego bloga. Kilka dni po ostatnim rozdziale będzie post z odpowiedziami. I to chyba na tyle. Mam nadzieję, że ten i następne rozdziały będą się Wam podobać. Trzymajcie się! Cześć! 

poniedziałek, 19 września 2016

Rozdział 7

-Otwórzcie podręczniki na stronie sto siedemdziesiątej czwartej. - oznajmił tata, podczas poniedziałkowej lekcji.
Automatycznie wykonałam jego polecenie i oparłam głowę na przedramieniu. Spojrzałam tępo w stronę książki i od niechcenia zaczęłam stukać koniuszkami palców o ławkę.
Lekcja dłużyła się nieubłaganie. Wiedziałem, że tacie też nie chce się prowadzić tej lekcji, tak, jak mnie w niej uczestniczyć.
Nie miałam pojęcia, kiedy ktoś włączył dzwonek. Wszystkie czynności robiłam automatycznie. Pisałam, podkreślałam zdania w podręczniku... nawet tego nie kontrolowałam.
-Koniec lekcji! - zawołał, przekrzykując całą klasę. - W pokojach przygotujecie notatkę o najważniejszych Waszym zdaniem osiągnięciach naukowych epoki odrodzenia. Możecie już wyjść. James... zostań na chwilę. Susan, mogłabyś na niego poczekać?
Zatrzymałam się w połowie drogi i cofnęłam się o krok, żeby swobodnie oprzeć się o ścianę. Wysoki chłopak z kręconymi włosami podszedł do nauczycielskiego biurka.
-Wiem, że to Twój pierwszy dzień nauki, ale... - przerwał, patrząc mu w twarz. - Na lekcji u Ororo nie przejdzie to Twoje sekundowe zmienianie fryzury.
-Przecież dobrze pan wie, że tego nie kontroluję. - rzucił z wyrzutem.
-Wiem. - pokiwał głową, nie spuszczając z niego spojrzenia. - Bo wciąż się pogodziłeś ze swoją mocą. Skarbie, mogłabyś mu pokazać?
Dopiero po kilku sekundach odkryłam o co mu chodzi. Wywróciłam oczami, wydając z siebie długi jęk. Na prawdę nie chciałam tego robić.
-Na prawdę muszę? - wystękałam. - To chyba nie jest najlepszy pomysł.
-Zrób to. - powiedział krótko, tonem nieznoszącym sprzeciwu. - To musisz być Ty, bo ja jestem na niego za duży.
-No dobra. - westchnęłam, rzucając na podłogę torbę z książkami.
Trzema dużymi krokami pokonałam odległość dzielącą mnie od Jamesa. On tylko wytrzeszczył oczy i patrzył z przerażaniem, jak przewracam go na podłogę. Kopnęłam go w kolano, a ten próbując się bronić, wyrywał się spod mojego uścisku. A raczej usiłował.
W końcu jedną ręką popchnęłam jego ramię z powrotem na podłogę, przez co jego włosy zaczęły się znacznie skracać i zmieniać kolor. Oczy zmieniły kształt, usta się zważyły, a broda poszerzyła. Po krótkim czasie wyglądał zupełnie jak Kendall.
-Niezła próba. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby i zamachnęłam się, jakbym chciała uderzyć w twarz, ale zamiast tego wysunęłam szpony.
James pisnął z przerażenia i zakrył oczy dłońmi. Puściłam go i cofnęłam się o krok, robiąc mu miejsce, żeby mógł wstać. Patrzyłam na swoją dłoń, czekając, aż szpony same się schowają.
-I o to chodziło. - oznajmił tata, unosząc go od tyłu. - Jak przybrałeś wygląd innej osoby?
-Myślałem o szczegółach. - wzruszył ramionami. - Widziałem, że przed lekcją z nim rozmawiałaś i pomyślałem, że jego widok trochę Cię zmiękczy. Mam fotograficzną pamięć.
Wzruszyłam ramionami i skrzyżowałam dłonie na piersiach. Racja, gadałam z Kendallem, ale dzisiaj tylko przez kilka minut.
-Wciąż się uczysz. - zauważył tata, składając teczkę i chowając ją do swojej torby z książkami. Jeśli tylko po to kazał mi zostać... - A to pierwszy z wielu kroków do zaakceptowania swoich zdolności...
-Zgadzam się, ale klasa to nie jest miejsce na takie treningi. - usłyszałam za plecami głos Profesora.
Obróciłam się i zobaczyłam, jak wjeżdża do klasy na swoim wózku.
-To tata mi kazał. - powiedziałam szybko, zanim zacznie mnie obwiniać.
-Wiem. - przytaknął i podeszłam bliżej, żeby podnieść swoją szkolną torbę. - Czasami jesteś zbyt lekkomyślny, Logan.
-Ważne, ze zadziałało. - powiedział w swojej obronie.
-A gdyby nie zadziałało? - zapytał, ale tata mu nie odpowiedział.
Westchnęłam ciężko, spuszczając głowę. Jeszcze tego brakowało, żeby się pokłócili. Przy mnie, to jeszcze pół biedy. Ale przy uczniu.
-Chodź, James... - przywołałam go do siebie, ale on nawet się nie poruszył. - Och, przecież wiesz, że to nie było na poważnie. Pokażę Ci gdzie jest klasa Storm.
On w końcu podniósł swój szmaciany plecak i wyszedł za mną z klasy. Zamknęłam drzwi i pociągnęłam go w stronę korytarza.

-Ile masz czasu do namysłu? - zapytała Kitty, kiedy uczyliśmy się w pokoju chłopaków.
-Do namysłu w czym? - zapytał zdezorientowany Carlos.
Kitty wciąż trzymała Carlosa na dystans, wciąż pamiętając o incydencie pod prysznicem. Westchnęłam, kręcąc głową. Nie chciałam o tym rozmawiać.
-Jej biologiczna matka chce spuścić jej trochę krwi i przelać w swojego syna. - wyjaśnił za mnie Kendall, malując długa kreskę zakreślaczem w podręczniku.
-Nie mówiłam Ci o tym! - wrzasnęłam do niego.
-Ale bardzo intensywnie o tym myślałaś. - wzruszył ramionami, przewracając kartkę w książce. - Myślałaś jeszcze o pewnych wyzwiskach, których strach powtarzać na głos.
-No dobra... - wywróciłam oczami, rzucając ołówek na podłodze. - Może i nazwałam ją szumowiną, trującą piranią...
-Dobrze wiesz, że to jeszcze nic. - zaśmiał się, spuszczając głowę na tyle nisko, żeby móc przeczytać drobny druk w słabym świetle. - Dzięki, Emily.
-Nie ma problemu. - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. - Może i umiesz czytać w myślach, ale to ja mam lepszy wzrok.
-To... ile masz czasu? - powtórzyła Kitty.
-Do środy. - odpowiedziałam po dłuższej chwili. - Nie wiem co robić.
-Zastanów się może nad tym, co? - Logan zmarszczył brwi, opierając się o grzbiet książki do fizyki. - Ja bym mu pomógł. W końcu to jego matka, a nie on zostawiła Ciebie i tatę na pastwę...
-Heal! - wycedziłam przez zaciśnięte zęby i rzuciłam Kendallowi gromkie spojrzenie. - Kendall...
-Ja mu nie powiedziałem. - oznajmił unosząc dłonie w geście obronnym.
-Ja powiedziałam. - Kitty wywróciła oczami.
Nagle wpadłam na szalony pomysł. Pewnie Kitty mu o tym powiedziała. O wszystkim dosłownie o wszystkim. Chwyciłam ołówek i zwężałam lekko powieki.
-O nie... - westchnął Warren. - Susan coś wymyśliła. Coś głupiego.
-A może Ty uleczysz go za mnie? - poprosiłam go, ignorując resztę. - W końcu to Twoja działka.
-Ale nie potrafię wyleczyć kogoż z naturalnej choroby. Co innego, jakby miał aids od brudnej strzykawki. Wtedy może dałoby się coś zrobić. Białaczka przychodzi w genach. A Twoje DNA może w nim trochę namieszać i wtedy...
-Czy w tej szkole nie ma ciekawszej lektury od mojej karty zdrowia u Jean?
Dobra, tak naprawdę moja karta była wszędzie. Ogólnodostępna, każdy, kto kojarzył moje nazwisko mógł ją sobie przejrzeć. Jak każdego mutanta. Tak... oby Hank trochę się pośpieszył z tym wywalczaniem prawa do całkowitej prywatności.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Miało być wcześniej, ale zapomniałam. Sorki. Przez chwilę zastanawiałam się, czy może wcale nie pisać tej notki autora, bo szczerze mówiąc... nie wiem co mam napisać.
Jak widać, opowiadanie skupia się na tych kilku dniach, w których Susan zastanawia się, czy pomagać swojej biologicznej matce. Pokazuję jak ona spędza te kilka dni i co sobie w tym czasie myśli. Jak rozmawia o tym z rówieśnikami i, nie oszukujmy się, co ją w tym wszystkim denerwuje.

Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Byłoby fajnie, gdybyście zostawili mi po komentarzu. Trzymajcie się! Cześć! I do zobaczenia za dwa tygodnie.  

poniedziałek, 5 września 2016

Rozdział 6

-Przepiękny wisiorek. - powiedziała, żeby jakoś zacząć rozmowę. - Pewnie był drogi.
-Dostałam go od Warrena. - odpowiedziałam, chcąc, żeby wreszcie sie ode mnie odczepiła. - I wiem, że dał za niego półtora dorala. W sklepie z pamiątkami przy Statule Wolności mają całkiem spory zapas.
Rozmowa wcale się nie kleiła. Ani trochę. Siedziałyśmy w tym barze kanapkowym, mierząc się spojrzeniem. Wszystkie moje zmysły głośno krzyczały "Uciekaj!", przez co ja siedziałam jak na szpilkach, słuchając beznadziejnych prób Helen do nawiązania dialogu, mając głęboko gdzieś, czy w końcu przejdzie do rzeczy, czy wciąż będzie mi spowalnaść wskazówki od zegarka.
-Twój ojciec mówił, że jednoczęśnie chodzisz do akademii pielęgniarskiej. - powiedziała szybko. - Podobno jesteś w tym...
-Daj już spokój i powiedz o co Ci chodzi, dobra? - wywróciłam oczami. - Nie mam ochoty tu siedzieć i znacznie bardziej wolałabym łzić po centrum handlowym z moimi przyjaciółmi.
Helen spojrzała na mnie z lekką urazą. Chociaz pewnie nawet nie miała do tego prawa, bo to ona porzuciła mnie i tatę, a nie my ją.
-Mam starszego syna. - powiedziała szybko. - Wiem, że Twoja krew uratowała życie choremu na anemię sierpowatą. Wiem, że przystosowuje się do każdej grupy.
-To tego chcesz. - uniosłam brwi z zaskoczeniem. - Mojej krwi, dla swojego syna?
-Jest poważnie chory. - wyjaśniła. - Jesteś naszą jedyną nadzieją. Proszę Cię... zgódź się na tę transfuzję. Wiem, że masz dobre serce...
-Guzik o mnie wiesz! - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - Co Ty sobie w ogóle myślisz, co? Że możesz tak po prostu wparować w moje życie w buciorami? Na co on jest chory?
-Na białaczkę. - wyjaśniła. - Jeśli pozwolisz na jedną transfuzję... Mark zdobędzie Twoją umiejętność uzdrawiania na tak długo, żeby mógł przezwyciężyć chorobę.
-I po te te podchody? - uniosłam brwi. - Dla pół litra krwi.
-Czyli się zgadzasz? - zapytała z wyraźną nadzieją.
-Nie powiedziałam, że się zgadzam. - pokręciłam głową. - Tylko, że musze to jeszcze przemyśleć.

-Wachasz się. - rzucił Kendall, kiedy siedzieliśmy na tarasie gabinetu Profesora. - Nie wiesz, czy wyświadczyć jej tę przysługę.
-Dlaczego nie było Warrena? - westchnęłam. - On przynajmniej nie może mi czytać w myślach.
-Wybacz. - zachichotał. - Czasami zapominam, że mam udawać, że o niczym nie wiem.
-Nic się nie stało. - pokręciłam głową. - Ale czasami mógłbyś być trochę bardziej subtelny.
Kendall spojrzał na mnie mrugając pośpiesznie. Kitty oprowadzała nowych. To na razie ostatni, bo najzwyczajniej w świecie nie ma więcej wolnych łóżek i trzeba czekać, aż ktoś ze starszych się wyprowadzi.
-Jest taki jeden nauczyciel... - zaczął w końcu, zmieniając temat. - Mieliśmy z nim dzisiaj zajęcia. Zastanawiam się... jak mógł się skupić na prowadzeniu lekcji, jednocześnie myśląc o grze w karty.
-Pewnie Gambit. - powiedziałam w końcu. - Nie przejmuj się. Jest za dobry, żeby się pogubić. W prawdzie to hazardzista, ale ciągle wszystkich ogrywa. Nie wiem, na co wydaje tą całą kasę.
-Pewnie zbiera na lokatę. - zaśmiał się głośno, czym wywołał u mnie pierwszy szczery uśmiech od kilku ładnych dni.

Siedziałam przy biurku, pisząc referat dla Profesora. Za moimi plecami Alicia wykłucała się z Kitty o miejsce w sali kina domowego na dzisiejszym filmie.
-Kitty... - mruknełam, przerywając ich "dyskusję". - Po co w cale się o kłucisz? Przecież wiesz, że dzisiaj masz karę i będziesz ciściła puchary w sali pamięci.
-To dzisiaj? - zmarszczyła brwi, na co pokiwałam głową. - Myślałam, że jutro.
-Ha! - zawołała z uradowaniem. - Wygrałam!
-Wcale nie. - pokręciła głową. - Nie liczy się. Idę do Petera. Ma mi pomóc w projekcie na sztukę.
-Czy mówiąc, że ma ci pomóc masz na myśli, że namaluje za Ciebie cały obraz? - zapytałam, obracając się na krześle.
-A to nie to samo? - uniosła brwi. - Oj... wiesz przecież jak on ładnie rysuje.
Nie trzeba mi było o tym przypominać. Colosus malował tak pięknie, że kilka jego obrazów zawisło na ścianach w holu. Malował nauczycieli, uczniów, czasami nawet odwiedzających urzędników z ministerstwa edukacji. Często do nas wpadali.
-Alicia, nie widziałaś może Angela? - zmarszczyłam brwi, obracając się jeszcze raz przed napisaniem zakończenia. - Nie widziałam go od końca lekcji.
-Nie mogę powiedzieć. - pokręciła głową. - A teraz przepraszam, muszę przypomnieć Kitty o odrobieniu kary.
I wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą.

Angel siedział na dachu tuż przy oknie do sypialni Gambita. Jeden z nielicznych pokoi, które pozostawało puste do późnych godzin nocnych.
-Wiedziałam, że Cię tu znajdę. - powiedziałam, podchodząc do niego bliżej.
-Ty chodzisz do sali treningowej, a ja siadam na dachu. - wzruszył ramionami. - Nie opowiedziałaś mi, jak było na spotkaniu z matką. A to było wczoraj.
-Trochę Cię wcięło. - wzruszyłam ramionami. - Wygadałam się Kendallowi.
Warren uśmiechnął się pod nosem. Patrzył w niebo, skupiając się na jednej z największych kłębiastych chmur. Często go na tym łapałam.
-Jak to zniósł? - zapytał, przekręcając głowę w moją stronę.
-Niecierpliwie. - wzruszyłam jednym ramieniem. - Ale oprócz tego wyszło mu całkiem nieźle.
Zapadła cisza. Wciąż było jasno i dzieciaki na dole grały w piłkę. Wciąż słyszałam ich krzyki. Kiedyś też tam biegałam za piłką. Ale później... zjawiali się coraz młodsi.
-Polecę do miasta. - oznajmił po dłuższej chwili. - Chcesz coś?
-Kanapkę z budy w Central Parku. - powiedziałam, wyciągając dorala z tylnej kieszni spodni.
-Wiem, z sałatą i kurczakiem od faceta w niebieskim czepku. - pokiwał głową, wkładając banknot do zamykanej kieszeni marynarki.
Wstał, kiedy cofnęłam się o krok. Obserwowałam jak podskakuje i wznosi się w powietrze. Patrzyłam jak odlatuje w kierunku wielkich wierzowców. W locie wyglądał przepięknie. Jak cód, jak posłaniec Boży opisywany w Biblii.
Kiedy przestałam dostrzegać go na niebie, wskoczyłam przez otwarte okno do sypialni Gambita.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jak widać, Susan jest dość sceptycznie nastawiona do swojej matki. powód jest raczej jasny, bo cały czas o tym myśli. A ja znowu nie mam weny. Nie wiem, co obwiniać. Powrót do szkoły, czy raczej lenistwo.
No, mam nadzieję, że Rozdział się Wam podobał. Do zobaczenia za dwa tygodnie. Cześć!